Nieoczywiste oczywistości 2011-12-05 21:59:39

Czytam „W głębi kontinuum” i zastanawiam się, jak to się stało, że rzeczy tak oczywiste są tak nieoczywiste. I jak to może być, że dopiero po 40 latach bycia na tym świecie odkrywa się nagle, że ciało wcale nie jest elastyczne, że jest zasklepione w swoich automatyzmach i świrach miauczyńskich. A to przecież takie proste: na każdym etapie rozwoju mamy jakieś potrzeby. Żeby wspiąć się na kolejny (w domyśle – wyższy) etap, potrzeby niższego rzędu powinny być zaspokojone. Zdaje się, że nawet Maslow o tym pisał, zachwycamy się jego piramidą, ale oczywiście jesteśmy dumni, ze wspięliśmy się na najwyższy szczyt. Tymczasem, większość z nas nie ma zaspokojonych podstawowych niemowlęcych potrzeb – bliskości i bezwarunkowej miłości. Przenosimy je więc na każdy kolejny obszar, który z konieczności jest jakiś kulawszy niż poprzedni, bo przecież nie do końca rozwinięty. A ciało coraz bardziej sztywnieje…

Wszystko to napisałam po to, by dać kontekst kotu :) Otóż, złożyła mi się ostatnio refleksja poksiążkowa (mniej więcej w takim zestawie jak powyżej) z obserwacją zachowania mojej kotki. Ma ona w swoim życiu dwa światy: dom i koci raj. Dom oznacza 70 m2 w budynku mieszkalnym na 4 piętrze, ze schodami wewnątrz, sporą przestrzenią i licznymi udogodnieniami specjalnie dla kota. Koci raj natomiast oznacza dom jednorodzinny moich rodziców, z ogrodem i tą zaletą, że można biegać nawet po całym osiedlu, jeśli w duszy tak zagra. Nie mamy oporów, by kota wypuszczać bez umiaru. Zdarza się, że nie wraca na noc lub śpi na tarasie pod gołym niebem. I co?

Ano to, że oprócz dwóch miejsc kotka ma również dwa zachowania. W kocim raju jest pełna, nasycona wrażeniami. Przychodzi tylko wspólnie spać i nic więcej od ludzi nie chce (jak mawia mój brat – jest autystycznym kotkiem, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego). Jest w pełni w swojej naturze, realizuje się sama. A tymczasem we Wrocławiu… kot potrzebuje naszej obecności, chce się wspólnie bawić, patrzy w oczy (co podobno nie jest w zwierzęcej naturze), aportuje liściem (to jej ulubiona zabawa) i pieści się. Nie ma tutaj wystarczającej liczby wrażeń i podniet, które zaspokajałyby jej potrzebę polowań i strachu.

Tak samo jest z niemowlętami ludzkimi. Najbardziej podstawową pierwszą potrzebą jest potrzeba bliskości mamy. Tuż zaraz za tym – rozlicznych wrażeń z oglądu świata takiego, jakim go widzi mama. Oznacza to stałą przy niej obecność – na ręku, na biodrze lub w chuście (w krajach bardziej cywilizowanych ;-)). Jeśli położymy je do łóżeczka /leżaczka/wózeczka, z całą pewnością będzie im brakowało ciepła oraz wrażeń i będą szukały ekwiwalentu. Nawet jeśli go znajdą, będzie to tylko ekwiwalent, który może skutkować różnymi protezami w życiu dorosłym. A co dopiero, jeśli nie znajdą…

skomentuj (0)

Przemijanie... 2011-10-11 19:35:48

To ciekawe, ale zwracam uwagę na pory roku, a właściwie – przywiązuję do nich zwiększoną uwagę.

Będąc Dinksem (Double Income, No Kids :)) poddawałam się rytmowi poniedziałek-piątek. Oczywiście zwracałam uwagę na to, że jest jakaś pora roku, ale nie wywierała ona znaczącego wpływu na moje zainteresowania. Tymczasem teraz obserwuję, że wykorzystuję to, co się dzieje w przyrodzie.

A konkretnie? Mam przykłady z przełomu lata i jesieni.

Byłam nad morzem. Uwielbiam jeździć nad morze, bo mogę do woli spacerować brzegiem. Szlifowanie stóp piaskiem i ćwiczenie łydek brodzeniem przy brzegu było moim ulubionym zajęciem nadmorskim. Tym razem nie odmówiłam sobie oczywiście tej przyjemności, ale równie wielką sprawiało mi siedzenie na brzegu i budowanie czegoś, co i tak już nawet w momencie konstruowania podwalin, było podmywane przez morze. Siedzenie i budowanie w piasku okazało się bardzo absorbujące, nawet bez pretekstu w postaci biegającego wokół dziecka.

Gdy tylko wróciliśmy do Polski, zaczęła się kalendarzowa jesień. Z piękną i ciepłą pogodą. I co? Natychmiast nabrałam ogromnej ochoty na zbieranie kasztanów. Kiedyś też je zauważałam, ale niekoniecznie musiały znaleźć się u mnie w domu. Nie doszłam co prawda do etapu budowania ludzików z nich, ale pewnie za rok mnie już to czeka. Jak skomentowała Iwona „dzięki mojemu 4-latkowi mam aż za dużo kasztanów, a ile ludzików zrobiliśmy i korale z jesiennych liści dostałam :) jest pięknie!”. Podobnie z plonami jesieni. Nigdy nie miałam zamiaru wykorzystywać dyni w swojej kuchni, tymczasem już dwukrotnie koło nich chodziłam i za jakąś chwilę pewnie dokonam zakupu dyni, by przyrządzić z niej jakieś adekwatne do pogody danie :)

Poza poczuciem, że jestem elementem przyrody, podlegającej naturalnym zmianom, nie mam pomysłu, co takiego mogło się zmienić :) To jakaś zgoda na to, że wszystko się zmienia, nie jest stałe i w związku z tym, to, co robimy też jakoś powinno ulegać przemianie…

skomentuj (1)

O duszy w ciąży 2011-10-04 10:50:57

Dziś przeczytałam u koleżanki, że zawsze wyśmiewała mamusie chwalące się zdjęciami swoich dzieci; dziś nadal się z tego śmieje i jednocześnie przeprasza znajomych, że sama to robi ;-)

Podobnie jest z pytaniem kobiety w ciąży jak się miewa (miewają) :) też nigdy nie sądziłam, że będę swobodnie informowała otoczenie o stanie szyjki swojej macicy :) a tak jest…

Pierwsze moje spostrzeżenie odnośnie ciąży dotyczy relacji ciało-umysł. Zdecydowanie umysł się poddaje wobec naturalnej zwierzęcości. Ale o tym może przy okazji. Dziś chcę napisać o trzecim elemencie - duszy. Otóż według mnie w błogosławionym stanie (hmmm, ciekawe czemu tak) psychiczne niedomagania ujawniają się jak na potęgę.

W piersszych miesiącach wszyscy życzliwie informowali, że w ciąży ujawniają się lub przerysowują wszelkie problemy cielesne (np. "wszystkie kobiety w ciąży mają problem z kręgosłupem, a niektóre - szczególnie"). Tylko jakoś solidarnie milczeli nad stanem psychicznym. No tak, oczywiście mówili (panie dobrotliwie i z akceptacją, faceci z przymrużeniem oka), że kobiety w ciąży miewają humory, problemy ze swoją emocjonalnością, wybuchami płaczu itp. ale to wszystko na bazie hormonów, które szaleją, a więc znów przyczyna cielesna. Może i tak. Tylko, że jeśli się dobrze temu przyjrzeć, to okazuje się, że wyłażą jakieś nieuświadomione dotychczas problemy lub w najlepszym razie powiększają się uświadomione. To niesamowite, bo jeśli coś się powiększa, to po pierwsze to widać, a po drugie – widać wyraźniej. I nie można już tego dłużej ignorować, bo już się zobaczyło. Więc potrzebna jest decyzja, co z tym zrobić – można się zdziwić i powiedzieć, że to hormony i dalej z tym żyć, a można podjąć decyzję, że czas to zmienić :)

o tak się dzieje w ciąży :)

skomentuj (1)

Kot jak myśli 2010-12-28 09:21:58

Przychodzi się połasić gdy ćwiczę na macie, skupiona na sobie. Ale oczywiście chętnie głaszczę kota, który natychmiast zaczyna mruczeć jak silnik samochodu: miarowo, stale, niby cicho, ale - w wyolbrzymiałej porannej ciszy - wyjątkowo głośno. Gdy kończę - z mocnym postanowieniem powrotu do swojego wnętrza - wyraźnie czeka na dalsze pociągnięcia. Głaszczę raz drugi i trzeci. I znów wracam do odczuwania siebie raczej niż sprawiania przyjemności kotu.

Tymczasem kot po krótkiej chwili oczekiwania postanawia sam zadbać o swoją przyjemność, domagając się jej delikatnie jeszcze. I mocniej, gdy nie działa. I znów bardziej, ocierając się o nogi, coraz silniej naciskając. Gdy znów bez skutku, wpija swoje pazury w matę z chęcią pociągnięcia. Łapię go za łapy, by uniemożliwić. Na chwilę przestaje, by znów wrócić z większą jeszcze determinacją. Muszę go - chwytając za łapy - całego ściągać z maty. I znów powraca.

Koniec mojego na sobie skupienia. Koniec mojego ćwiczenia. Kot, jak myśli nieustannie produkowane przez mózg, wygrywa tę potyczkę.

skomentuj (0)

Przypadkiem w przypadek 2010-08-25 21:37:40

Są takie momenty, które powodują, że kamienieję - staję z rozdziawioną duszą ze zdziwienia (na zewnątrz objawia się to opadniętą szczęką). 

Dwa ostatnie wydarzenia, które dobitnie pokazują mi, że przypadek nie jest przypadkowy.

1.
Mam dwie drogi dojazdowe do pracy (jest ich więcej, ale te są podstawowe) i tak się składa, że mają swoje okresowe oznaczenie: ulicą Hallera jeżdżę głównie w wakacje (bo wtedy nie ma tam większych korków), ulicą Grabiszyńską - normalnie, czyli niewakacyjnie. Mimo, że kalendarzowo jeszcze wakacje, postanawiam zmienić jednak trasę na Grabiszyńską, bo może się już zrobić na drodze ciaśniej  (tak sobie wyjaśniam nagły impuls zmiany trasy). Impuls okazuje się zbawienny, bo gdy nagle brakuje mi paliwa w baku, staję dosłownie ... dziesiąt metrów przed stacją benzynową. Gdybym pojechała "normalnie" miałabym ogrooomny kłopot, a tak niewielkim kosztem zdobywam wiedzę, że samochody typu diesel zapowietrzają się, gdy zabraknie paliwa i zatankowanie nie powoduje ponownego uruchomienia auta (nawiasem mówiąc - szczęścia przy tej okazji mam aż nadto: bez machania, po kilku sekundach od zatrzymania jakiś mężczyzna już pomaga mi pchać auto, auto mimo złych prognoz nieuruchomienia jednak po 10 minutach postanawia się uruchomić :))

2.
Przed zajęciami jogi postanawiam sobie, że przejdę się spacerkiem do Rynku na wystawę Kaca.  Oczywiście po zajęciach już nie jest tak różowo:
  1. - czuję się jakoś wyczerpana fizycznie i psychicznie
  2. - jest dość chłodno, za chłodno na dłuższe wieczorne spacery

Tak sobie wyjaśniam to, że postanawiam przenieść zwiedzanie wystawy na weekend. Jednak coś wewnątrz gada, że na weekend jadę do rodziców i na pewno nie pójdę, że co prawda jest dość chłodno, ale przecież nie muszę iść na piechotę, mogę przecież podjechać autem, szybko obejrzę i już :)
No i co? No i ulegam. Połowicznie :) Mój rozsądek opowiada się za opcją zdania się na los: będzie miejsce do zaparkowania pod Operą czy nie?  Jeśli będzie, pójdę obejrzeć zdjęcia. I było. Poszłam. I spotkałam Kacpra, z którym nie rozmawiałam już kilka lat. Też tam był przez przypadek.

Przypadki?
:)

skomentuj (1)
Księga Gości